Uśmiechnięte oczy Syryjczyka

Nie, nie jestem jakimś „lewackim przyjacielem muzułmanów”. Nie jestem ksenofilem, nie jestem nawet pewien o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. Nie wiem dlaczego wielkie kraje Półwyspu Arabskiego nie pomagają Syryjczykom. Nie wiem nawet ilu, spośród tych tłumów widzianych w telewizji to Syryjczycy. Wiem za to, że lubię ludzi, których da się lubić, a brzydzę się tymi, którymi trzeba. Bez względu na rasę, religię i ilość przypraw w herbacie.
Ale opowiem Wam historię o ludziach, o których ostatnio wszyscy mają jakieś zdanie. Większość z nich, nie znając ani jednego osobiście.
I nie, nikogo do niczego nie przekonuję.

Próbowaliśmy wyjść z domu Ibrachima od kilkunastu minut, ale trudno było tak po prostu nie dopić herbaty, wstać i wyjść. Można było oczywiście szybko odstawić pustą szklankę i grzecznie powiedzieć „Do widzenia”, ale Ibrachim był szybszy niż to nasze dopijanie. Gdy tylko któraś szklanka zrobiła się pusta, szybkim, zwinnym ruchem dolewał czarnego czaju z metalowego czajnika. Tym bardziej, że oprócz jego matki, żony, wujka i gromadki dzieci siedzieli z nami jego kumple. Co najmniej ośmiu. Każdy rozmowny. Uśmiechnięty. Nie zwracający uwagi na takie drobiazgi jak upał czy brak wspólnego języka w gębie.
Szklanki były niewielkie, z grubego szkła i co chwilę, znów pełne.
Na koniec, już spakowani, z rowerami pod sobą dowiedzieliśmy się, że zanim wyjedziemy musimy jeszcze odwiedzić rodziny jego kolegów. Tych samych ośmiu, którzy pili z nami herbatę.
– Ale my musimy jechać dalej – tłumaczyliśmy się głupio.
– A daleko do tych Chin? – Zapytał Ibrachim
– No, tak jeszcze z sześć miesięcy drogi.
– No to powodzenia i nigdzie się nie zatrzymujcie!

I nie zatrzymywaliśmy się wcale, ale tylko do następnej wsi, gdzie starszy pan, w wyjątkowo grubych okularach, zwyczajnie kazał nam się zatrzymać i napić z nim kawy.

Była wiosna 2010 roku a my byliśmy w drodze do Chin. Na ulicach syryjskich miast i wiosek plakaty i murale przypominały wszystkim kto rządzi tym krajem. Z każdego niemal samochodu spoglądał na nas portret prezydenta Assada. Niewielka, czarno biała nakleja wąsatego prezydenta w dużych, przeciwsłonecznych, lotniczych okularach spoglądała na nas z większości samochodów. Po kilku dniach, taka sama, pojawiła się na torbie na kierownice naszego angielskiego kumpla. Nakleił ją od strony roweru, bo jak sam stwierdził, nigdy nie było wiadomo kogo się spotka. Wszystko miało być tylko etapem na Jedwabnym Szlaku. Mieliśmy przejechać przez ten kraj, zobaczyć zabytki, najeść się smakołyków i pojechać dalej. Nikt nam przecież nie mówił, że z Arabami nie będzie tak łatwo. Że ciągle będą nas wciągać w rozmowy, karmić i przekonywać, że „dziś już za gorąco” żebyśmy jechali dalej.

Kawa mogła być powodem by przybiegł do nas nauczyciel angielskiego, w dodatku dyrektor szkoły i spędzić z nami „tylko pół godzinki” zostawiając szkołę samą sobie a lekcję wciskając komuś jako zastępstwo. Musieliśmy nauczyć się dziękować, wstawać i jechać dalej bez oglądania się za siebie. Gdybyśmy machali za długo na pożegnanie, nasze serca pewnie by miękły od tych ich spojrzeń i zaproszeń i pewnie musieli byśmy zostać na kolejną szklankę herbaty i nigdy do tych Chin byśmy nie dojechali.
Innym znów razem, chcieliśmy tylko rozbić namiot, ugotować coś szybko, iść spać i uciekać z samego rana. Mieliśmy plan, który (powinniśmy wiedzieć!) nie miał najmniejszych szans na powodzenie. Zamiast gotowania było zaproszenie na obiad. Zamiast szybkiej ucieczki w sen była kolacja rodzinna na „ośmiu braci z synami, ale bez żon”. Było rysowanie drzew genealogicznych i tłumaczenie kto jest bratem z której matki i ile kto ma dzieci. Drzewo rosło niczym matematyczny graf, ale brakowało mu rozgałęzień przy siostrach. Zwyczajnie, nikt nie wiedział co się z nimi działo po ślubie. Ile mają dzieci i którą żoną przyszło im być w nowej rodzinie.

Arabowie świetnie bawili się przy herbacie i papierosach. Ciekawe jak by się bawili gdyby jeszcze dostali po lampce wina.
– A ty ile masz żon? – zapytał wesołek
– Jedną – odpowiedziałem.
– A widzisz! My możemy mieć i cztery – odpowiedział dumnie i szybko przetłumaczył reszcie braci.
– Wiesz, powiedziałem uśmiechnięty. Tylko jedna żona to tylko jeden problem.
– Salwa śmiechu, która wtedy nastąpiła zdradziła mi tylko, że każdy z nich mówił coś po angielsku, ale nie każdy miał odwagę się odezwać.
Raz nie doceniliśmy gościnności i doprowadziliśmy niemal do wiejskiego incydentu. Było to właśnie wtedy, gdy policja od eskortowała nas na noc do swojego kumpla. Nam było bez różnicy czy będziemy spać na pustyni czy u kogoś pod domem, ale policjanci szybko nam wytłumaczyli, że jeżeli na pustyni, to oni muszą spać obok, w samochodzie, a jeżeli u ich znajomego, to on się nami zaopiekuje, a oni pojadą do domu.
Postanowiliśmy być dla nich mili a nocleg na pustyni zostawiliśmy sobie na inny raz.
We wsi, ten ich kolega, miał dom przy samej drodze. Nie wiedząc do końca co czynimy, poszliśmy pod najdalszy dom i tam, ku zdziwieniu wszystkich, rozbiliśmy namioty. Hadży Ismail, nasz najbliższy sąsiad, przyniósł nam kilka dywaników byśmy nie musieli siedzieć na ziemi, a policyjny kolega przyszedł nas przekonywać o naszym strasznym błędzie.
Nie pomagało tłumaczenie, że Ismail nie zna angielskiego, ani że Ismail nie ma „przepływowego ekspresu do kawy z Niemiec”. Ostatecznie, ten Policyjny Kolega się poddał. Obiecał na odchodnym, że policja już za nami nie będzie jeździła i że wcale się nie obraził. Nam ulżyło, bo kilka minut wcześniej straszył nas, że obrażamy jego dom i rodzinę „śpiąc w namiocie tak daleko od jego domu”. Policja pojawiała się już tylko w postaci posterunków i nikt już za nami nie jechał. Nikt nie musiał się męczyć jadąc klimatyzowaną toyotą, 17 km/h w monotonnym krajobrazie.
Następnego dnia nadeszła pustynna mgła. Powietrze wypełniło się drobinami beżowego pyłu. Pył oblepiał kolejne kawałki naszych ubrań i zmarszczek na twarzy, a właściciel hotelu w którym przyszło nam spać prosił byśmy uważali na nowy dywan w pokoju i od razu szli pod prysznic. Najlepiej razem z sakwami.

PODOBNE:  Kabrestan-e Lachestan

Cała ta arabska gościnność, nie była tylko domeną zwykłych ludzi. Nawet policja miała swoje pięć minut choć wcale o nie prosiliśmy, ale przecież policji się nie odmawia. Zwłaszcza w kraju rządzonym twardą ręką. Pierwszy raz było to niewinne internowanie na posterunku niedaleko Homs.

Jechaliśmy wtedy leniwie przez jakąś wioskę, gdy na skraju drogi, obok jakiegoś urzędu (posterunku policji, którego nie rozpoznaliśmy bo niby jak), stanął facet w ciemnych okularach a’la Pan Prezydent i skórzanej kurtce i zaczął na nas machać. Zwyczajnie zatrzymalibyśmy się z nadzieją, że oto znów przyjdzie nam napić się kawy, ale akurat byliśmy opici po wizycie w poprzedniej wsi. Krótko mówiąc – zignorowaliśmy go i pojechaliśmy dalej machając przyjaźnie. Nagle, ten sam facet, pojawił się obok nas na motorze i kazał nam się zatrzymać. Dopóki nie powiedział nam, że jest z policji i MAMY JECHAĆ ZA NIM nie braliśmy go na poważnie.

Na posterunku opiliśmy się za to herbaty i to do granic możliwości, przesiedzieliśmy kilka godzin głupio pytając „ale o co chodzi”, po czym, jak zawsze z rozbrajającym uśmiechem, straszy pan – komendant, kazał nam przetłumaczyć, że wszystko jest ok i że możemy jechać. Czy zajechaliśmy gdzieś gdzie nie mogliśmy do końca przebywać, czy też drogą jechał ktoś kogo nie powinniśmy widzieć pozostanie dla nas tajemnicą.
Drugi raz, zanim policja okazała się policją a nie tylko jakimiś facetami śledzącymi nas na motorach wystraszyliśmy się na dobre. Gdy już wszystko się wyjaśniło pozwolili nam nawet rozbić namioty w miejskim parku i kazali, tak kazali, być gotowym do wyjazdu „najpóźniej o siódmej rano”. Trawa w parku było pięknie gęsta i miękka, ale zanim zasnęliśmy na dobre, policja, ale ta mundurowa kazała nam się zwijać bo ta nie mundurowa nie raczyła ich o nas poinformować.
O wszystkim wiedział co prawda jegomość, który parku pilnował, ale mundurowi nie widzieli sensu go o cokolwiek pytać.
Na szczęście my poprosiliśmy ich o to, a oni grzecznie posłuchali. Cieć potwierdził, oni przeprosili, my szybko zasnęliśmy, a o siódmej byliśmy już gotowi do wyjazdu. Eskorta też była.
A upał kleił nam się do opon. Musieliśmy zrobić codzienną przerwę na przetrwanie samego południa i tym razem wypadło na wiatę autobusową. Ulica była kompletnie pusta. Nikt nią nie jechał, nikt nie spacerował. Nawet z domów, tych grubościennych, bunkrowatych, obsadzonych niewielkimi topolami domów, nie dochodziły absolutnie żadne dźwięki. Było kompletnie pusto i kompletnie cicho. Właśnie w momencie, gdy wpadaliśmy w drzemkę, z domu na przeciwko przyszedł chłopak niosąc nam jakieś owoce, butelkę lodowatej wody i … jakby szkolną wersję Koranu. Po angielsku.
Owoce i woda była na teraz, a Koran na drogę. Miał być prezentem. Czymś do zabrania ze sobą i poczytania w trudnych chwilach.
Przynajmniej tak, bardzo płynną, choć łamaną angielszczyzną wytłumaczył nam to ten nastolatek.

PODOBNE:  Godzina Prawdy w Trójce

Rowery kręciły jak szalone. Najlepiej o czwartej, piątej nad ranem, gdy było jeszcze chłodno. Wiał lekki wiaterek, który jeszcze nie przypominał podmuchów niczym z pieca, ruch samochodowy praktycznie nie istniał. Panowała cisza, wypełniana szumem opon i wyschniętych łańcuchów.

Pędziliśmy jak najszybciej umieliśmy, by połknąć jak najwięcej kilometrów do południa. Gdy brakowało nam wody ratowali nas kierowcy. Gdy przez dłuższy czas nie było kierowców – szukaliśmy wody w meczetach w mijanych wioskach.
Piękny to był czas choć krajobrazowo nudny. Wszystko co nas otaczało to beżowy żwir, ale dzięki temu można było skupić się na sobie. Przetrawić wszystkie spotkania. Wspomnieć kilku ludzi.
Gdy po wodę podjechaliśmy do obozu Beduinów, nie zdążyliśmy nawet dobrze zsiąść z rowerów gdy wysoki, wąsaty facet z piękną kefiją na głowie wręczał nam miseczkę z wodą. Opiliśmy się, napełniliśmy butelki i wciąż jeszcze nikt nie zdążył powiedzieć nawet słowa. No może poza assalam alejkum.

I nikt nie pytał o naszą religię ani o kraj z którego pochodziliśmy.

Byliśmy na pustyni i wszyscy dobrze wiedzieli po co do nich zajechaliśmy. Przecież nie po to by porozmawiać o pogodzie. Albo historii sztuki. We wszelkich kontaktach nikt nie był jeszcze zniszczony pieniędzmi i wypatrywaniem turysty-portfela. Nie mógł bo i turystów nie było tu żadnych. Byliśmy co prawda my, ale my byliśmy tu gośćmi, których trzeba było nakarmić i wypytać o wszystko co możliwe. Na przykład o to co wiemy o sytuacji w Strefie Gazy, co nasza telewizja opowiada o wojnie i czy jest ktoś w Polsce, kto lubi Al Jazeerę.

Zakochuję się w świecie wcale nie dlatego, że ludzie których do siebie przyciągam są dla mnie mili i życzliwi. Wcale nie dlatego, że niektóre krajobrazy powalają mnie na kolana, ale za to co dzieje się we mnie.
Za uczucia jakie rodzą się wtedy w moim sercu.
Arabowie byli dla nas życzliwi, przemili, przyjaźni i wciąż i wciąż pomocni. Dla mnie najpiękniejsze było jednak to, że ja mogłem być dla nich dokładnie taki sam. Dawali mi przestrzeń, która mogłem wypełnić tym co we mnie najlepsze.
A przecież był to kraj Arabów. Mieli na nas napadać, mieli nas nienawidzić i nawracać na jedyną słuszną religię.
Zamiast tego poili nas herbatą, karmili, przygarniali pod dach i ciągle się uśmiechali.

I tylko ta zapadająca cisza, gdy tajniak wchodził do domu by się dowiedzieć dlaczego nie jedziemy dalej, była wstrętna. W swej naiwności, nawet przez myśl nam nie przeszło, że była to cisza przed ogromną burzą. Burzą tak ogromną, że miała nam się odbić czkawką w całej Europie i naszej Polsce.

Zapisz się do naszego newslettera

Instagram

Instagram

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Or

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Anti-Spam Quiz: