Midsomer czyli Pierwszy Dzień Lata

Według astronomii przesilenie letnie to już dziś, ale już wiele lat temu świętowanie przeniesiono na piątek. Zrobiono to z oczywistych powodów – następnego dnia po Midsomer i tak nikt nie przyjdzie do pracy więc „dzień po” musi wypadać w sobotę, kiedy to życzliwa policja i kilka organizacji pozarządowych będą jeździć po parkach i plażach i zbierać jeszcze pijaną młodzież by się nie odwodniła i przespała choć chwilę w godziwych warunkach. Większość, dzięki życzliwości zostanie odwieziona do domu i tam pozostawiona opiece rodziców, żon, ciotek, babć i przyjaciół.
Nieźle to sobie Szwedzi wymyślili, ten pogański Midsomer jako imprezę roku. O wiele lepiej niż reszta z nas, która w sylwestra musi na siebie uważać by nie zamarznąć.

 

***

Musi być na dworze
Miało być dużo ludzi. Nawet bardzo dużo bo i miejsce słynne w okolicy i kuchnia ponoć doskonała, a dla dzieciaków w wiejskim skansenie zawsze jest jakieś zajęcie. Można choćby wyplatać korony z trawy, nakarmić kudłate świnie albo pochodzić w drewniakach lub na szczudłach.

Wyjechaliśmy z lasu i szybko okazało się, że przyjechaliśmy niemal pierwsi. Wielki, świeżo skoszony plac służył dziś za parking na którym nie było niemal nikogo oprócz kilkunastu wolontariuszy kierujących ruchem. Jak na razie dobrze się bawili bo nie mieli jeszcze kim kierować, ale już za chwilę miało się to zmienić. Rok wcześniej przyjechało tu 3000 ludzi więc w szwedzkich realiach – tłumy.

Czekała na nas Marion, którą, specjalnie dla nas oddelegowała Informacja Turystyczna z Ystad. Zapytaliśmy czy jej nie żal, że zamiast bawić się z rodziną, grillować, pić, tańczyć, pić, więcej grillować i więcej pić spędza to popołudnie z nami, odpowiedziała z uśmiechem, że wcale bo … ona jest Niemką i głosiła się na ochotnika. A zatem mieliśmy Niemkę za przewodnika po „najszwedzkim” święcie ze wszystkich.
Zapowiadało się ciekawie.

Musi być śledź
Dla oberży Östarps Gästis, świętowanie Midsommer to nie tylko nawiększy utarg i najlepsze napiwki, ale przede wszystkim mnóstwo, mnóstwo pracy. Zwłaszcza od kiedy otrzymała certyfikat restauracji ekologicznej i wszystko musi być tak świeże jak to tylko możliwe.
Czy przejście na jedynie szwedzkie i ekologiczne produkty (certyfikat i podniesienie cen) było ryzykowne? Leonard, właściciel i wnuk pierwszych właścicieli twierdzi, że tak, bo od 3 lat przyjeżdża tu relatywnie więcej gości. 16-17% więcej. Właśnie ze względu na certyfikat i lokalność produktów. Chwali się, że 94% produktów pochodzi od nich. Nawet majonez robią tu sami.

Östarps Gästis jest najmłodszą oberżą w okolicy (Leonard lubi mówić o sobie, że jest oberżystą a nie restauratorem) wybudowaną dopiero w 1924 roku. Kiedy uniwersytet w Lund zakupił stojące obok tradycyjne, XIX wieczne gospodarstwo (farmę Gamlegården) i przerobił je na skansen, mało kto tu przyjeżdżał. Szybko okazało się, że muzeum leżało na tyle daleko od jakiegokolwiek miasta, że trzeba było wybudować hotelik i restaurację. Tak by zwiedzający mogli przyjechać i spokojnie, bez pośpiechu i obawy o nocleg zostać na miejscu na cały dzień.
I tak działo się do 1939 roku kiedy to armia przejęła gościniec na czas II Wojny Światowej. Gdy wojsko oddało budynki w 1946 roku, zajazdem zajęli się dziadkowie Leonarda. W 1952 roku zajazd częściowo spłonął i gdy właściciele kończyli remont na drewnianej lamperii w pierwszej sali pojawiły się roślinne malowidła. Malowidła, o których Leonard mówi z dumą, że nikt ich jeszcze nigdy nie restaurował, bo nie było takiej potrzeby. Wciąż odcinają się żywymi kolorami od szarozielonego koloru desek na których są namalowane.
W 1994 roku oberżę przejęło 3 braci, których jednym z nich był właśnie Leonard, który stoi sam na posterunku od 2002 roku i jak sam twierdzi, nie ma czasu nigdzie wyjechać i zobaczyć coś więcej niż rodzinne okolice. Udało mu się kiedyś odwiedzić Sztokholm, ale na tym kończyły się jego podróże. Tak po Szwecji jak i w ogóle.

W sali kamiennej, nazwanej tak od kamiennej podłogi stał długi stół na którym porozkładano ogromną ilość talerzy i półmisków w których królowały zimne mięsa i ryby. Chyba przede wszystkim ryby. Śledzie by być dokładnym. Bez nich nie było by przecież Szwecji a jeśli nawet jakoś by powstała to nie była by sobą. A śledzie były tu podawane na tyle na ile pozwalała fantazja. Były więc śledzie w śmietanie, w musztardzie, w czosnku, w czosnku niedźwiedzim, w curry, w koperku, w occie, mieszane, w miodzie i winie, marynowane, fermentowane(!), w galarecie, w cebuli, we wszelkich mieszankach dostępnych przypraw i każdych trzeba spróbować. Inaczej kucharz się obrazi, a człowiekowi który od tygodnia gotuje, piecze, marynuje i aranżuje swiąteczny, szwedzki stół, zrobić tego nie wolno. Wiadomo.
Byliśmy raczej dobrze wychowani więc po cichu, ale pod bacznym wzrokiem Szwedów, dokładaliśmy kolejne, niewielkie porcyjki ryb na talerzu. Nie było to łatwe, bo talerze dostaliśmy ogromne, zżerała nas ciekawość no i coś co psychologia nazywa myśleniem magicznym podpowiadało nam, że zjemy jeszcze kawałek, że nic nam się nie stanie. Wiadomo przecież od lat, że świątecznym jedzeniem nie można się przejeść.

PODOBNE:  Uśmiechnięte oczy Syryjczyka

Musi być razem
W taki dzień jak dziś aż trudno było uwierzyć, że to pierwszy dzień lata. Już kolejny rok z rzędu było zimno i każdy, tak jak dziś czekał podświadomie na deszcz. Nie było by to dla nikogo zaskoczeniem a raczej czymś, co przez ostatnie kilka lat stało się standardem. Dwa lata wcześniej, w Midsommer w Skanii było zimniej niż w Boże Narodzenie.
Miriam okazała się doskonałym przewodnikiem, właśnie dlatego, że nie była Szwedką i na wszystko patrzyła jak my – naiwnie, jak dziecko, wyłapując wszystkie szczegóły bez zasłony dziecinnych wspomnień gdy wszystko co kiedyś wydaje się wspanialsze niż było naprawdę.
Inna sprawa, że w Midsommer trzeba się dobrze bawić. Nie tyle „można” co trzeba i o ile ludzie już się przyzwyczaili, że ktoś spędza Boże Narodzenie sam, bo tak się czasem zdarza o tyle Midsommer musi być z kimś i koniecznie z uśmiechem a do tego w przebraniu. Zwyczajnie, czy to się komuś podoba czy nie, w Midsommer, pomimo komarów, pogody, ewentualnej ochoty na samotność, trzeba być z ludźmi, trzeba się szeroko uśmiechać i dobrze bawić. Tańczyć z przekonaniem i śpiewać głośno i z błyskiem w oczach. W każdym innym przypadku jest się dziwakiem lub jakimś asocjalnym indywiduum.

Kiedy wyszliśmy na dwór, najedzeni kilkoma rodzajami śledzi, kilkoma rodzajami sałatek i jeszcze kilkoma rodzajami kilku innych ryb okazało się, że wolontariusze z parkingu nie próżnowali. Na trawniku przed restauracją zdążyło się już rozłożyć kilkaset rodzin z piknikowymi kocami. Niektórzy siedzieli bezpośrednio na trawie, ale było wielu i takich, którzy postanowili piknikować na trochę wyższym poziomie – przy rozkładanych stolikach, ubrani w suknie, garnitury i zamaszyste kapelusze, popijając wino z kieliszków i serwując sobie kilka rodzai śledzi, sałatek i ciast z doskonale dobranej zastawy.

Musi być lato
Pamiętam taki dowcip z dzieciństwa o syberyjskim lecie. Ponoć najpierw jest 10 miesięcy zimy a potem to już tylko lato i lato. Na Syberii jeszcze nie byłem, ale że można mieć dosyć zimy to sobie wyobrażam.
Szwedzi, nasi niby sąsiedzi, mówię „niby” bo jednak jest to kraj „za morzem” jakby nie patrzeć i ta granica miedzy nami jest jednak dość płynna i trudno patrzeć na nich jak na Ukraińców czy na przykład Czechów, też mają 10 miesięcy zimy a potem to już tylko lato i lato i ciągłe lato. Przynajmniej tak o nim opowiadają i tak go wyczekują. Na nic innego, oprócz Bożego Narodzenia nie czekają tak bardzo jak na pierwszy dzień lata. Cieszą się wiosną, pierwszymi kwiatami, winogronami zieleniącymi się w szklarniach, różami, którymi obsadzają te niewielkie szpary jakie tworzą się pomiędzy chodnikiem a ich domem. Cieszą się każdym cieplejszym dniem i czekają na imprezę roku. Na swój karnawał i swoją wielką bibę.

I oto nadchodzi lato. Jego pierwszy dzień. Dzień brzydkiej pogody, tańca, picia bimbru, grillowania w gronie przyjaciół i powoli nadchodzących zimowych ciemności. Nie da się ukryć, że pierwszy dzień lata, jego najkrótsza noc, jest końcem wyczekiwania na lato bo ono już tu jest. Może jeszcze nie wygląda to tak jak lato w Polsce, ale z początkiem tej pory roku zaczyna się wyczekiwanie jesieni. Może i kolorowej, ale jesieni – zapowiedzi długiej, mrocznej zimy.
Tak, od dziś, gdy jutro wstaniemy zmarnowani kacem i przeżarci śledziami i grillowanym mięsem, smarując ugryzienia komarów, szukając ciepłej bluzy a może nawet przeciwdeszczowej kurtki będziemy się zastanawiać czy było warto, będziemy patrzeć w kalendarz i widzieć nadchodzącą zimę.

PODOBNE:  Zasady są przyprawą życia ... czyli noc na pakistańskiej pustyni.

Musi być wesoło
Na niewielkim trawniku, pod wysokim masztem na szczycie którego powiewa szwedzka flaga, wkopano na stałe rurkę do której kilku ochotników włoży zaraz „gaik”. Słup leży na razie na drewnianych kobyłkach, przystrojony liśćmi i łąkowymi kwiatami. Wygląda jak chrześcijańskich krzyż z dwoma kołami zwisającymi z krótszych ramion. Dopóki leży, w tych kołach, niczym w ramach obrazów pozują do zdjęć małe dziewczynki ubrane, jak niemal każdy dookoła w sukienki i wianki. Rodzice, głównie mamy, biegają z telefonami i robią im dziesiątki zdjęć na tle tego zielonego słupa i tych łąkowych kwiatów. Sam gaik nie przypomina tego słowiańskiego, z którego zwisają kolorowe wstążki, a teraz, gdy już stał widać było wyraźnie, że kształtem ma przypominać zwykłego, roślinnego fallusa.
Sukienki noszone przez dziewczyny wydawały się lekkie, jakby były lniane, stare, tradycyjne i niemal średniowieczne, ale tak naprawdę pochodziły ze specjalnej półki z H&M czy też innego szwedzkiego sklepu.

Wybiła 14:30. Kilku facetów, którzy brodami, muskulaturą, posturą i tatuażami przypominali, że płynie w nich krew Wikingów postawiło gaik do pionu co skwitowane było wielkimi brawami. Na krawędzi łąki stało kilka rozkładanych krzesał dla najstarszych oraz leżało kilka kocy piknikowych, których właściciele mieli za nic tłum ludzi zbierający się dookoła słupa. Oczywiście, że przeszkadzali i oczywiście, że siedzący na nich ludzie niczego po za tańczącymi nogami nie zobaczyli, ale nie widać było nikogo kto by się na nich złościł. Nikogo kto by zwracał im uwagę. Nie wiem czy nie wypadało, czy też tego dani, jeszcze na trzeźwo, wszystko i wszystkim uchodziło na sucho.

W niewielkim namiociku rozsiadł się starszy pan z akordeonem. Ktoś z młodych przystawił mu stojak z nutami, ktoś inny mikrofon i już po chwili dobiegały pierwsze dźwięki przyśpiewki. Starszy pan grał spokojnie, nie za głośno a ludzie powoli się rozkręcali. Kręcili się w kołach dookoła słupa trzymając za ręce. Co chwilę podskakiwali, klaskali, śpiewali i patrząc na siebie ciągle się uśmiechali. Śpiewali „Jestem muzykantem konszabelantem”, co rozpoznałem jedynie po melodii i powtarzanym „bum tarara, bum tarara”. Śpiewali też kilka innych, zupełnie mi nie znanych by ostatecznie śpiewać tą najważniejszą „Små grodorna”. Piosenkę o małej żabkach, których urodziło się wyjątkowo dużo a które są śmieszne bo nie mają ogonków. Przy słowach „ej svansar hava de” wszyscy machali dłońmi jakby mieli właśnie małe ogonki, a przy „Kou ack ack ack, kou ack ack ack ” podskakiwali niczym małe żabki.
Od tej chwili, święto Midsommer uważane było za otwarte. Od tej chwili można już było wrócić do swojego kocyka, skończyć podjadać ciasto i przegryzać śledzie. Od tej chwili można już było tylko przyglądać się ludowemu zespołowi, który z drewnianymi kosami i grabiami tańczył taniec żniwiarzy i powoli pakować się do samochodu i skończyć wspólne świętowanie.

Musi być do rana
Ludzie powoli się rozchodzili a my podglądaliśmy jak pakują te swoje stoliki, koce, plastikowe i szklane kieliszki do swoich małych i dużych samochodów. Gdy dotarliśmy znów na parking nie było już nikogo. Nie mieliśmy tej małej, czerwonej chatki na wsi do której pojechali Szwedzi więc jedyne co mogliśmy zrobić to pojechać do hotelu i napić się wina i zjeść coś innego niż śledź czy truskawki.

Wszyscy Szwedzi pojechali w do siebie, na ciąg dalszy, na grilla, na jeszcze więcej śledzi, na obrzydliwy brännvin – bimber, który pomimo prób nadania mu owocowych smaków wciąż pozostawał obrzydliwym bimbrem, na wino i na kolejne chóralne i solowe śpiewy nie zastanawiając się jeszcze „czy było warto”. To nadejdzie jutro, gdy kac-morderca będzie zbierał swoje żniwo od Skanii aż po koło podbiegunowe.
Szweckie singielki, te wierzące w cuda i przepowiednie musiały jeszcze zerwać siedem różnych kwiatów, schować je pod poduszką i czekać na sen o ukochanym. Tej jedynej nocy w roku sen miał być proroczy.

***
Rozejrzeliśmy się po pustym parkingu i nagle dotarło do nas, że nie padało, że komary chyba zaspały bo nikt z nas nie miał ani jednego ukąszenia, a po pikniku Szwedzi nie pozostali po sobie nawet jednego, najmniejszego papierka.

 

#visitSkane

Zapisz się do naszego newslettera

Instagram

Instagram

2 Comments

  1. Sierpień 7

    Wow! Bardzo fajnie opisana relacja z eventu. Lubie takie wydarzenia, a właściwie wydarzenia organizowane na taką okazję. Świetny wpis i oby takich więcej. Pozdrawiam!

  2. Październik 23

    Wspaniała zabawa!

Dodaj komentarz

Or

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Anti-Spam Quiz: